gify kwiaty

 
Strona głównaPatron szkołyNauczycieleUczniowiePlan lekcjiOgłoszeniaGaleriaKontakt
 

Patron szkoły - Jan Paweł II


PATRON SZKOŁY

Karol Józef Wojtyła urodził się 18 maja 1920 roku w Wadowicach. Był drugim synem Karola Wojtyły seniora i Emilii z Kaczorowskich. Ochrzczony 20 czerwca 1920 roku, rodzicami chrzestnymi byli Józef Kuśmierczyk i Maria Wiadrowska. Rodzina zamieszkiwała w Wadowicach w kamienicy przy ul. Kościelnej 7. Rodzina Wojtyłów żyła skromnie, utrzymując się z pensji ojca, który był urzędnikiem wojskowym, pełniący służbę najpierw w cesarskiej królewskiej armii austriackiej, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 12 pułku piechoty Wojska Polskiego, stacjonującym w Wadowicach. W 1928 roku przeszedł na emeryturę. Matka pracowała dorywczo jako szwaczka i zajmowała się dziećmi. Brat Edmund, zwany w domu Mundkiem, starszy od Karola o 14 lat, pobierał nauki w wadowickim gimnazjum, a później studiował medycynę w Krakowie.
Gdy Karol ukończył 6 lat, rozpoczął naukę w czteroletniej szkole powszechnej. Był chłopcem wesołym, utalentowanym i jak większość rówieśników - każdą wolną chwilę lubił spędzać na powietrzu. Latem grał w piłkę nożną. Od małego kochał też Lolek sporty zimowe. Grywał w hokeja, lubił jeździć na sankach nieco później zaczął jeździć na nartach. Byty to właściwie wędrówki po okolicy na deskach, wzdłuż rzeki Skawy lub po pobliskich pagórkach.
Na beztroskę dzieciństwa rzucała cień choroba matki. Była kobietą niedomagającą i słabą. I choć opieka nad młodszym synem sprawiała jej wiele trudności, wiązała z nim ogromne nadzieje. "Mój Lolek zostanie wielkim człowiekiem" - mawiała. 13 kwietnia 1929 r. Emilię zabrano do szpitala. Lolek był wówczas w szkole, a gdy wrócił do domu, sąsiadka, a zarazem jego nauczycielka powiedziała: "Twoja matka umarła". Miała 45 lat. W świadectwie zgonu jako przyczynę śmierci podano "zapalenie serca i nerek". Po latach Karol napisze wzruszającą strofę: "Nad Twoją białą mogiłą, o matko, zgasłe Kochanie - za całą synowską miłość modlitwa: Daj wieczne odpoczywanie". Dzień po pogrzebie Lolek wraz z bratem i ojcem udali się na pielgrzymkę do sanktuarium maryjnego w Kalwarii Zebrzydowskiej. Zarówno wówczas, jak i później było to dla niego miejsce szczególne. We wszystkich ważnych i trudnych momentach życia swojego i Kościoła udawał się tam, by w ciszy i spokoju oddawać się medytacji. Po śmierci matki po raz pierwszy właśnie nauczycielka zauważyła, że Lolek zamknął się w sobie, szukając ucieczki w książkach i modlitwie. Koledzy wspominają, że pytany o matkę, mówił: "Została wezwana przez Boga".
Po śmierci matki bracia więcej czasu spędzali razem: grali w piłkę, chodzili w góry. Ale już trzy lata później wydarzyła się następna tragedia. W wieku zaledwie 26 lat Mundek zmarł nagle, gdyż jako lekarz szpitala w Bielsku zaraził się szkarlatyną od pacjentki. Byt to dla Lolka ogromny wstrząs. Ojciec ze wszystkich sił pragnął wynagrodzić mu to podwójne sieroctwo. Nie tylko prowadził dom, robił zakupy, gotował czy prał. Był też, a może przede wszystkim, największym przyjacielem chłopca. Starsi ludzie w Wadowicach wciąż pamiętają ojca i syna idących do szkoły, na obiad do jadłodajni "U Banasia", na niedzielną mszę. Emerytowany porucznik-legionista, nazywany w mieście "Porucznikiem", obdarzony dobrą kondycją fizyczną, zaraził Lolka miłością do gór i aktywnego życia. Codziennie po kolacji wędrowali razem na krótsze spacery po okolicy, w niedziele zapuszczali się w dalsze rejony Beskidu Małego - na szczyty Leskowca, Madohory. Zdarzały się też wycieczki dalsze - w Tatry.
o ojciec wprowadzał przyszłego Papieża w bogaty świat górskiej przyrody - uczył rozpoznawać gatunki drzew i kwiatów, nazywał ptaki i chrząszcze. Śpiewał mu przy ognisku wojskowe i harcerskie pieśni, akompaniując sobie na gitarze. Lubili razem grywać w futbol - Lolek bronił silne strzały ojca. Bywało, że grali szmacianą piłką nawet w mieszkaniu.
Z biegiem lat wolnego czasu było coraz mniej, bo większość dnia ambitny i pracowity uczeń poświęcał nauce.

LATA MŁODZIEŃCZE

We wrześniu 1930 r. Karol zdał egzamin do męskiego Państwowego Gimnazjum Śląskiego im. Marcina Wadowity. Była to świetna szkoła z tradycjami, w której wykładali doskonali profesorowie. Oprócz gruntownego przygotowania merytorycznego potrafili wpoić młodzieży głęboką miłość do Ojczyzny. Z nauką Lolek nie miał żadnych trudności, zawsze był prymusem. Zawdzięczał to nie tylko wybitnym zdolnościom, szczególnie humanistycznym, ale i wytężonej pracy. Zawsze miał "monotonne" świadectwa, z góry na dół "bardzo dobrze"! - wspomina sąsiad z ławki, Antoni Bohdanowicz. Znany był z tego, że w miarę możliwości przygotowywał materiał również z wyprzedzeniem, na następne lekcje. Każdy przedmiot znał doskonale. Z arkuszy ocen wynika, że w klasie II i IV z języka polskiego i religii otrzymał ocenę "bardzo dobrą ze szczególnym zamiłowaniem".Nigdy też nie ściągał, było mu to zarówno niepotrzebne, jak też i wbrew jego zasadom. Był jednak koleżeński i powszechnie lubiany. Często i chętnie odrabiał z kolegami lekcje i służył pomocą. Karol wyróżniał się z grona rówieśników ogromną pobożnością. Codziennie w drodze do szkoły wstępował na moment do kościoła, modlił się też w ciągu dnia przed i po jedzeniu, a odrabiając lekcje, robił przerwę na modlitwę po przerobieniu każdego przedmiotu. Częściej niż inni przystępował do komunii, był prezesem Kółka Ministranckiego, a później sekretarzem Sodalicji Mariańskiej. Ale przede wszystkim potrafił - jak żaden chłopak w jego wieku - oderwać się całkowicie od rzeczywistości, oddając się modlitwie. Tę niezwykłą zdolność medytacji pamięta jego kolega z gimnazjum: "Lolek był niewątpliwie obdarzony charyzmą, ale my, jego rówieśnicy, nie rozumieliśmy tego wówczas".Wielu sądziło, że Lolek zostanie księdzem. I zdawało się, że nic tego nie zmieni, gdy nagle na jego drodze stanął teatr. Stworzone przez nauczycieli języka polskiego Kółko Teatralne łączyło młodzież z gimnazjów męskiego im. Marcina Wadowity oraz żeńskiego - im. Michaliny Mościckiej. Na repertuar składały się głównie obowiązkowe, choć niełatwe lektury: "Kordian" Słowackiego, "Antygona" Sofoklesa, "Sobótka" Kochanowskiego, "Śluby panieńskie" oraz "Damy i huzary" Fredry, zaś widzami byli szkolni koledzy. Karol Wojtyła - wysoki, przystojny, obdarzony pięknym głosem i doskonałą pamięcią - grał prawie we wszystkich spektaklach główne role, a zdarzało się, że i podwójne. Lolek wyróżniał się też jako recytator. Halina Królikiewicz-Kwiatkowska, rówieśnica i artystyczna współtowarzyszka Lolka, pamięta jego występ na konkursie poetyckim: "Siedemnastoletni Karol Wojtyła w przepisowym mundurku, z lekko, jak zwykle, pochyloną głową, recytował ŤPromethidionať Norwida, ten arcytrudny filozoficzny utwór.Teatr stal się prawdziwą pasją młodych aktorów. Jeździli do Krakowa na warsztatowe spektakle, przygotowywane przez słynnego aktora i reżysera, Juliusza Osterwę. Własne przedstawienia prezentowali nie tylko w szkołach, ale też w Domu Katolickim, Bibliotece Mieszczańskiej, na estradzie pobliskiego parku. Jeździli w teren - do Andrychowa, Kęt. Organizowali też regularne dyskusje o literaturze, zarówno polskiej, jak i obcej, na których analizowano najnowszą poezję. W każdym takim spotkaniu uczestniczył Karol Wojtyła. W tych latach (1934-38) po raz pierwszy zetknął się z późniejszym twórcą Teatru Rapsodycznego w Krakowie, dr. Mieczysławem Kotlarczykiem, z którym bardzo się zaprzyjaźnił.14 maja 1938 r. osiemnastoletni Karol Wojtyła otrzymał celujące świadectwo maturalne i pożegnał wadowickie gimnazjum. W owym czasie taka matura upoważniała do podjęcia studiów na większości uczelni bez egzaminów wstępnych. Wielu zastanawiało się, jaki fakultet wybierze wszechstronnie utalentowany Lolek. Jedni wróżyli mu błyskotliwą karierę na deskach teatru, innym jawił się jako duchowny. Jednak początkujący poeta zaskoczył wszystkich, wstępując na polonistykę na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskego. W lipcu brał udział w stażu roboczym w Junackich Hufcach Pracy. Także i tu pracowity Lolek dostał odznakę za wydajność oraz wyróżnienie. We wrześniu 1938 r. wziął udział w ćwiczeniach wojskowych Legii Akademickiej, a od października rozpoczął studencki żywot w Krakowie.

KARDYNAŁ KAROL WOJTYŁA - PAPIEŻEM

29 września 1978 roku tuż po godz. 5 rano siostra Wincenta znalazła papieża Jana Pawła I martwego w jego sypialni. Po 33 dniach urzędowania zmarł - wedle oficjalnego komunikatu - na zawał serca. Polski kardynał Karol Wojtyła poleciał do Rzymu w towarzystwie prymasa Stefana Wyszyńskiego na pogrzeb i drugie tego roku konklawe.
Po pogrzebie, który odbyt się 4 października, nastąpił dziesięciodniowy, najkrótszy z możliwych, wymagany przepisami Konstytucji Apostolskiej okres, poprzedzający kolejne konklawe. Dla 111 kardynałów, mających wziąć udział w elekcji, był to czas przeglądu kandydatów, budowy sojuszy i poszukiwania większościowych koalicji. Przy okazji niezliczonych prywatnych obiadów w rezydencjach duchownych lub restauracjach, spacerach i spotkaniach, purpuraci na wszystkie sposoby rozważali każdą kandydaturę, tworząc podwaliny przyszłych wyborów.
Wojtyła każdą wolną chwilę spędzał na wypadach w okolice Rzymu, nie zaniedbując również nieoficjalnych spotkań. Któregoś dnia kardynał Franz König z Wiednia, wieloletni przyjaciel i główny motor kampanii na rzecz jego wyboru, zaprosił Go do ekskluzywnej restauracji, prowadzonej przez zakonnice z Azji i Afryki. W taksówce miał powiedzieć kierowcy: ?Jedź ostrożnie. Wieziesz przyszłego papieża".
W piątek rano, 13 października, kardynałowie zebrali się, by losować cele obok Kaplicy Sykstyńskiej, w których mieli mieszkać podczas konklawe. Na ten czas zupełnego odosobnienia od świata zewnętrznego wolno im się kontaktować jedynie między sobą. Zabronione jest posiadanie radioodbiorników i radiotelefonów. Nawet okna w celach zabija się deskami i zaciemnia.
W dniu rozpoczęcia konklawe uczestnicy uroczyście przysięgają, że nie zdradzą żadnych informacji o przebiegu głosowania, a jeśli słowa nie dotrzymają, przyjmą ?ciężkie kary wedle uznania przyszłego papieża". Dotyczy to także służby, kucharzy i pracowników technicznych. Ale chyba (na szczęście dla nas) kary nie są tak straszne, bo od czasu do czasu ktoś dyskretnie uchyla rąbka tajemnicy.
Karol Wojtyła wylosował celę nr 91. Żelazne łóżko, prosty stół i krzesło, miednica do mycia i dzbanek na wodę - to całe wyposażenie celi. Na dziesięciu książąt Kościoła, zwykle w podeszłym wieku, przypada jedna toaleta i łazienka, pod którą często trzeba czekać w kolejce. Ale i ona bywa wykorzystywana do agitacji przed głosowaniem.
W drodze na konklawe Wojtyła wstąpił do polikliniki Gemelli, gdzie odwiedził sparaliżowanego biskupa Deskura. Prosto stamtąd udał się do Kaplicy Sykstyńskiej, gdzie dziekan Kolegium Kardynałów, Carlo Confalonieri, otworzył konklawe. Jak zawsze po mszy i uroczystej procesji kardynałowie odśpiewali Veni Creator Spiritus (?O Stworzycielu Duchu, przyjdź"), a następnie opuścili kaplicę, by zebrać się w niej ponownie następnego dnia.
Po porannej mszy w niedzielę 111 kardynałów zasiadło w krzesłach ustawionych bokiem do ołtarza i rozpoczęto się głosowanie. Ceremoniarz papieski wygłosił tradycyjną formułę, oznajmiającą początek konklawe, a najmłodszy wiekiem kardynał diakon zamknął drzwi kaplicy. Na konklawe składają się codziennie dwie sesje (poranna i popołudniowa), podczas których kardynałowie wygłaszają mowy i głosują. Na każdą sesję przypadają dwa głosowania. Napisawszy na kartce nazwisko kandydata, każdy elektor -wygłaszając formułę: ?Wzywam Chrystusa, który będzie moim sędzią, że wybrałem tego, co do którego wierzę, iż powinien zostać wybrany zgodnie z wolą Boga" - wrzuca ją do urny Tę funkcję pełni złoty kielich. Następnie trzech kardynałów odczytuje każde nazwisko, a trzech innych ich nadzoruje. Początkowo wśród kandydatów pojawiały się nazwiska wyłącznie włoskich faworytów, m. in. konserwatywnego kardynała Giuseppe Siriego z Genui (który trzykrotnie już przegrywał wybory - w 1958 r. z Janem XXIII, w 1963 z Pawłem VI oraz z Janem Pawłem I), Giovanniego Benelli z Florencji (uchodzącego za światłego liberała) oraz wpływowego przewodniczącego papieskiej Komisji do spraw Opieki Duszpasterskiej nad Emigrantami - Sebastiano Baggio.
Pierwszego dnia, po dwóch rannych i dwóch popołudniowych głosowaniach, nikt nie osiągnął wymaganej liczby dwóch trzecich głosów plus jednego (czyli 75). Kardynał Wojtyła dostał 5 głosów. Z komina w narożnym oknie Kaplicy Sykstyńskiej unosił się czarny dym, uzyskiwany ze spalania mokrej słomy. W drodze na kolację arcybiskup Paryża, kardynał François Marty, miał stwierdzić, że "dzień został zmarnowany". Ale wieczorem arcybiskup Wiednia Franz König rozpoczyna kampanię na rzecz kandydata nie-Włocha. Żywo przekonuje za Wojtyłą. Podkreśla jego zalety: doświadczenie w pracy duszpasterskiej, w prowadzeniu parafii, diecezji i archidiecezji, kontynuatora linii Soboru Watykańskiego II, humanistyczny umysł, a także - co jest argumentem niebagatelnym - młody wiek i doskonałą kondycję fizyczną.
König w rozmowie z amerykańskim biografem Papieża, Tadem Szulcem, wspomina: "Przed poprzednim konklawe otrzymywałem listy od wiernych z Włoch, którzy prosili: "Głosujcie na nie-Włocha, ponieważ w naszym kraju panuje taki bałagan, że papież nie-Włoch bardzo by nam się przydał". To był bardzo ciekawy argument".
Po porannej sesji w poniedziałek już wiadomo, że Włosi blokują się nawzajem i nie mają szans. W szóstym głosowaniu rośnie liczba głosów na Wojtyłę. Podczas obiadu krakowski kardynał jest skupiony. Po południu odwiedza prymasa Wyszyńskiego w jego celi. Jest niespokojny i przybity. Wyszyński podczas niedzielnych rozmów z przyjaciółmi sugerował, że on sam byłby najlepszym kandydatem spoza Włoch, choć podkreślał, iż nie powinno się naruszać wielowiekowej tradycji. Teraz jednak, trzymając w ramionach rozdartego duchowo rodaka, naciska: "Jeśli cię wybiorą, musisz przyjąć. Dla Polski." Sesja popołudniowa wyłania czterech kandydatów: Wojtyłę, który wielu wydaje się zbyt młody, Königa, który odmawia, rówieśnika Wojtyły - kardynała Eduardo Francisco Pironio z Argentyny i 69-letniego Johannesa Willebrandsa z Holandii.
Po siódmym głosowaniu Wojtyła prowadzi, jednak brakuje mu wymaganej większości. Wtedy do ofensywy włącza się kardynał John Król z Filadelfii, któremu udaje się przekonać do Wojtyły Amerykanów, i niemiecki teolog Joseph Ratzinger, który namawia swoich - dotąd niechętnych - rodaków.
Udaje się też pozyskać głosy purpuratów z Ameryki Łacińskiej i Afryki. Ale prawdziwym przełomem okazuje się oświadczenie kardynała Sebastiana Baggio, który opowiada się otwarcie za Wojtyłą. W ślad za nim idzie wielu Włochów.
Przed godziną 17 sekretarz stanu i kamerling Jean Villot zarządza ósmą kolejkę. Napięcie wśród zgromadzonych pod freskiem Michała Anioła "Stworzenie świata" sięga szczytu. Köenig wspominał, że ?kiedy liczba głosów oddanych na niego osiągnęła połowe wymaganych, Wojtyła odrzucił pióro i wyprostował się na krześle. Był czerwony na twarzy. A potem ujął głowę w dłonie...
Wyglądało, że jest całkowicie oszołomiony. Potem padła ostateczna liczba głosów...". Kiedy kardynał Wojtyła słyszy, że głosowało na niego 94 kardynałów, zaczyna coś szybko pisać. Potem słucha lekko zmieszany łacińskiego zapytania kardynała Villota: :Czy zgadzasz się?" i po chwili odpowiada, już odprężony: "W posłuszeństwie wiary wobec Chrystusa, mojego Pana, zawierzając Matce Chrystusa i Kościoła - świadom wszelkich trudności - przyjmuję". To oświadczenie przygotował po rozmowie z Wyszyńskim.
Następnie w hołdzie dla swych poprzedników przybiera imię Jan Paweł II i udaje się za odpowiedzialnym za organizację wyborów Cesare Tassim do białego pokoiku, gdzie przebiera się w papieskie szaty (przygotowane w trzech rozmiarach). Wysportowany mierzący blisko 180 cm wzrostu taternik przywdziewa największe. Po powrocie do kaplicy przyjmuje od kardynałów przysięgę wierności. Każdy podchodzi i pada na kolana. Gdy przychodzi kolej na Wyszyńskiego, Papież wstaje, obejmuje i przytula go do siebie. Kardynałowie intonują "Te Deum laudamus" ("Ciebie Boga wysławiamy").
W tym czasie z pieca na tyłach Kaplicy Sykstyńskiej bucha biały dym, a na Placu Św. Piotra wśród czekających w napięciu wiernych podnosi się radosna wrzawa. O godzinie 18. 44 na plac wkracza Gwardia Szwajcarska, a na centralnym balkonie wychodzącym na plac, pojawia się kardynał Pericle Felici i woła: "Oznajmiam wam radosną nowinę. Habemus Papam! - mamy papieża!". A gdy 200-tysięczny tłum przycicha, dodaje: "Carolum Sanctae Romanae Ecclesiae Cardinalem Wojtyła... Ioannem Paulum Secundum!" Na placu zapada cisza. Później w zdumionym tłumie pojawiają się szepty: "Czy to Murzyn?". Ktoś mówi: "To Polak!" W końcu nowy papież pojawia się w oknie, w czerwonym ornacie, z paliuszem na piersiach i uśmiechem na twarzy. Mówi po włosku z nienagannym akcentem: ?...Najwybitniejsi kardynałowie powołali nowego biskupa Rzymu. Powołali go z dalekiego kraju, z dalekiego, ale jednocześnie jakże bliskiego poprzez komunię w chrześcijańskiej wierze i tradycji (...). Nie wiem, czy będę umiał dobrze wysłowić się w waszym... naszym języku włoskim. Gdybym się pomylił, poprawcie mnie".
Następnie po raz pierwszy błogosławi Urbi et Orbi (miastu i światu). W tym samym czasie kapelan i sekretarz Karola Wojtyły, ksiądz Stanisław Dziwisz, dyskretnie udaje się do Kolegium Polskiego na Piazza Remuria, skąd zabiera jego walizeczkę i przenosi ją do Pałacu Apostolskiego, gdzie nowy papież spędzi swoją pierwszą noc.

TYTUŁY PAPIESKIE

Każdy papież jest ponadto Biskupem Rzymu, Namiestnikiem Jezusa Chrystusa, Następcą Księcia Apostołów, Najwyższym Kapłanem Kościoła Powszechnego, Patriarchą Zachodu, Prymasem Włoch, Arcybiskupem i Metropolitą Rzymskiej Prowincji Kościelnej, Suwerennym Władcą Państwa Watykańskiego i Sługą Sług Bożych.

 

 

         
         

 

 

 
 
 
 
 
 
 

Copyright © www.ksp.zary.pl - 2012.
All Rights Reserved.
Wszelkie prawa zastrzeżone.